Wielu początkujących inwestorów zadaje sobie pytanie, czy odkładanie kilkuset złotych miesięcznie ma sens. Inni z kolei zastanawiają się, czy po czterdziestce albo pięćdziesiątce nie jest już za późno na budowanie kapitału.
Dlatego w dzisiejszym wpisie przygotowałem trzy scenariusze. W pierwszym przyjrzymy się 25-latkowi inwestującemu 250 zł miesięcznie. W drugim inwestorowi mającemu 35 lat i odkładającemu 500 zł miesięcznie. Trzeci scenariusz to 45-latek, który może przeznaczać na inwestowanie 1000 zł miesięcznie.
Sprawdzimy, jaki kapitał może zgromadzić każda z tych osób do 65. roku życia oraz co sam zrobiłbym, będąc na każdym z tych etapów życia. Jak zbudować portfel dywidendowy.
Dlaczego w ogóle warto odkładać?
Zanim przejdziemy do liczb, warto odpowiedzieć sobie na jedno podstawowe pytanie. Po co w ogóle odkładać i inwestować pieniądze przez kilkanaście czy kilkadziesiąt lat?
Wielu ludzi zakłada, że po zakończeniu pracy zawodowej będzie żyć mniej więcej na podobnym poziomie jak dziś. Przez całe życie pracujemy, płacimy składki ZUS i naturalnie pojawia się przekonanie, że kiedyś system emerytalny przejmie pałeczkę i zapewni nam spokojne funkcjonowanie.
Nic bardziej mylnego.
Pokolenie dzisiejszych trzydziesto- i czterdziestolatków zaczyna sobie powoli zdawać sprawę z tego, że rzeczywistość może wyglądać zupełnie inaczej.
Załóżmy, że masz 40 lat i zarabiasz przeciętne wynagrodzenie. Według danych GUS jest to 8 900 zł brutto miesięcznie. Przyjmijmy dodatkowo bardzo optymistyczne założenie, że przez kolejne 20 lat Twoje wynagrodzenie będzie rosło średnio o 3% rocznie. W takim scenariuszu, tuż przed przejściem na emeryturę, zarabiałbyś około 16 tysięcy złotych brutto miesięcznie.
Po 60-tce kluczowym wskaźnikiem jest tak zwana stopa zastąpienia, czyli relacja emerytury do ostatniego wynagrodzenia. Prognozy dla dzisiejszych pracujących zakładają, że przyszłe świadczenia mogą wynosić jedną czwartą ostatniej pensji. Oznaczałoby to spadek z 16 tysięcy złotych brutto do około 4 000 zł brutto miesięcznie.

Główny problem polega jednak na tym, że w międzyczasie zmienia się jeszcze jedna rzecz – ceny.
Inflacja w Polsce w ciągu ostatnich 25 lat osiągnęła średnio 3,6% rocznie. Jeżeli przyjmiemy podobne tempo na najbliższe dwie dekady, oznacza to, że ceny w gospodarce wzrosną o ponad 100%. Innymi słowy, pieniądz będzie miał znacznie mniejszą siłę nabywczą niż dziś.

Bochenek chleba może kosztować około 13 zł, litr mleka 12 zł, podobnie jak kostka masła. Twój czynsz za mieszkanie – obecnie wynoszący 1000 zł – może się podwoić. I właśnie z takimi cenami będzie musiała zmierzyć się emerytura w wysokości około 4000 zł brutto.
W czasach emerytalnego kryzysu poleganie wyłącznie na ZUS może okazać się finansową pułapką.
Dlatego celem odkładania pieniędzy nie jest wyłącznie zgromadzenie dużej kwoty. Chodzi przede wszystkim o zachowanie możliwie podobnego standardu życia w przyszłości i stworzenie sobie dodatkowego źródła dochodu niezależnego od państwowego systemu.
Sprawdźmy więc, jak wyglądają trzy różne drogi do tego celu. Gdzie trzymać 30,000 zł oszczędności.
25 lat i 250 zł miesięcznie
Pierwszy scenariusz dotyczy 25-latka, który dopiero buduje swoją karierę zawodową. Nie zarabia jeszcze dużych pieniędzy i – jak większość osób w tym wieku – ma sporo innych celów finansowych. Być może wynajmuje mieszkanie, odkłada na wkład własny albo po prostu próbuje odnaleźć się w dorosłym życiu.
Mimo to znajduje 250 zł miesięcznie, które regularnie inwestuje w globalny ETF. Nie próbuje wybierać pojedynczych spółek, nie śledzi codziennie rynku i nie zastanawia się, czy właśnie dziś jest dobry moment na zakup. Po prostu inwestuje co miesiąc przez kolejne 40 lat.
Do 65. roku życia wpłaci w ten sposób 120 tysięcy złotych własnych pieniędzy. Przy założeniu historycznej średniej stopy zwrotu na poziomie 9% rocznie kapitał urośnie do ponad 1 miliona złotych.

Na pierwszy rzut oka trudno w to uwierzyć. W końcu mówimy o osobie, która przez większość swojej inwestycyjnej drogi odkłada zaledwie 250 zł miesięcznie. To kwota, którą wiele osób wydaje w ciągu miesiąca na jedzenie na mieście, kawę czy inne drobne przyjemności.
Jeszcze ciekawiej robi się wtedy, gdy spojrzymy na strukturę tego kapitału. Nasz 25-latek z własnych wpłat uzbiera 120 tysięcy złotych, natomiast rynek wypracuje dodatkowe 893 tysiące złotych. Oznacza to, że niemal 9 na każde 10 złotych w końcowym kapitale będzie efektem działania czasu i procentu składanego.

To właśnie największa przewaga młodego wieku. Ten 25-latek nie dysponuje dużymi pieniędzmi. Nie ma wyjątkowo wysokiej stopy oszczędzania. Ma natomiast coś, czego nie da się później dokupić ani nadrobić wyższymi wpłatami. Ma czas. To właśnie on pozwala kapitałowi pracować przez cztery dekady.
Czy ponad milion złotych wystarczy, żeby nie pracować po 60-tce? Nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie. Dla części osób będzie to kapitał pozwalający znacząco ograniczyć aktywność zawodową. Inni będą potrzebowali znacznie większych środków.
Jedno wydaje się jednak pewne – posiadanie takiego kapitału daje zdecydowanie więcej możliwości niż poleganie wyłącznie na emeryturze z ZUS.
35 lat i 500 zł miesięcznie
Drugi scenariusz będzie prawdopodobnie najbliższy większości osób, czytających tego bloga i oglądających mój kanał.
Dotyczy 35-letniego inwestora, którego sytuacja zawodowa jest już bardziej stabilna, ale jednocześnie pojawiają się nowe wydatki. Kredyt hipoteczny, rodzina, samochód czy rosnące koszty życia sprawiają, że nie każda nadwyżka trafia na inwestycje.
Mimo to regularnie odkłada 500 zł miesięcznie. To dwa razy więcej niż w poprzednim scenariuszu, ale jednocześnie zaczyna 10 lat później. Oznacza to, że do 65. roku życia będzie inwestował przez 30 lat.
Łącznie wpłaci 180 tysięcy złotych własnych środków, a jego kapitał – przy takiej samej stopie zwrotu jak u poprzednika – wzrośnie do około 818 tysięcy złotych.

To bardzo ciekawy wynik. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że odkładanie dwa razy większej kwoty powinno prowadzić do znacznie lepszego rezultatu niż w przypadku 25-latka.
Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Powód jest bardzo prosty. Ten inwestor daje swoim pieniądzom o 10 lat mniej czasu na pracę.
Warto jednak spojrzeć również na drugą stronę medalu. Mimo późniejszego startu aż 638 tysięcy złotych z końcowego kapitału pochodzi z wypracowanych zysków, a nie z własnych wpłat. Oznacza to, że niemal 80% zgromadzonego majątku zostało wygenerowane przez rynek.

To właśnie scenariusz najbardziej przypominający sytuację wielu osób budujących dziś swój kapitał. Kariera zawodowa jest już rozpędzona, ale jednocześnie pojawia się wiele konkurujących ze sobą celów finansowych. Właśnie dlatego ten przykład jest mi szczególnie bliski i przypomina założenia mojego Portfela 800+, gdzie również kluczową rolę odgrywają regularne wpłaty i długi horyzont inwestycyjny.
W tym scenariuszu nie ma potrzeby szukania spektakularnych stóp zwrotu. Nie ma również konieczności przewidywania kolejnych kryzysów czy hossy. Największą wartość tworzy systematyczność i konsekwencja powtarzana przez kolejne dekady.
45 lat i 1000 zł miesięcznie
Ostatni scenariusz dotyczy 45-latka, który dopiero zaczyna poważnie myśleć o swojej przyszłości finansowej. Przez wiele lat priorytetem mogły być inne cele: zakup mieszkania, wychowanie dzieci, rozwój kariery zawodowej czy po prostu codzienne wydatki. Dopiero teraz pojawia się refleksja, że do emerytury pozostało około 20 lat i warto zacząć budować dodatkowy kapitał.
Jednocześnie sytuacja finansowa jest zwykle lepsza niż kilkanaście lat wcześniej. Dochody są wyższe, a możliwości oszczędzania większe. Dlatego w tym scenariuszu zakładamy regularne inwestowanie 1000 zł miesięcznie.

To aż cztery razy więcej niż w przypadku 25-latka i dwa razy więcej niż w przypadku inwestora mającego 35 lat. Na pierwszy rzut oka mogłoby się więc wydawać, że właśnie ten scenariusz powinien zakończyć się najwyższym wynikiem.
Przez 20 lat inwestor wpłaci łącznie 240 tysięcy złotych własnych środków. To najwięcej spośród wszystkich trzech analizowanych przypadków. Mimo to końcowy kapitał wyniesie 614 tysięcy złotych.
374 tysiące złotych będzie pochodziło z wypracowanych zysków, a pozostała część z własnych wpłat. To nadal bardzo dobry rezultat i ogromna różnica względem sytuacji, w której pieniądze przez dwie dekady pozostawałyby wyłącznie na rachunku bankowym.

Co pokazują te trzy historie?
Spójrzmy teraz na wszystkie trzy scenariusze obok siebie.
Wyniki są bardzo ciekawe. Najwyższy kapitał zgromadziła osoba, która odkładała najmniej pieniędzy. Z kolei inwestor wpłacający najwięcej zakończył inwestowanie z najniższym wynikiem spośród całej trójki.
Na pierwszy rzut oka wydaje się to nielogiczne. Właśnie dlatego warto przyjrzeć się tym liczbom nieco dokładniej.

Po pierwsze, czas jest znacznie ważniejszy, niż większość ludzi myśli. Osoba rozpoczynająca inwestowanie w wieku 25 lat wpłaciła najmniej pieniędzy, a mimo to zgromadziła największy kapitał. Nie dlatego, że była lepszym inwestorem, wybrała lepszy ETF albo osiągnęła wyższą stopę zwrotu. Po prostu zaczęła wcześniej i pozwoliła swoim pieniądzom pracować przez kolejne cztery dekady.
Po drugie, największa część majątku powstaje dzięki inwestowaniu, a nie dzięki samym wpłatom. W pierwszym scenariuszu inwestor wpłacił 120 tysięcy złotych własnych pieniędzy, a rynek wypracował dla niego dodatkowe 893 tysiące złotych. Oznacza to, że zdecydowana większość końcowego kapitału nie pochodziła z jego kieszeni. To właśnie pokazuje prawdziwą siłę procentu składanego, gdy dostanie wystarczająco dużo czasu.

Po trzecie, nigdy nie jest za późno, ale każdy kolejny rok ma swoją cenę. Scenariusz 45-latka kończy się kapitałem przekraczającym 600 tysięcy złotych, więc trudno mówić o porażce. Jednocześnie widać bardzo wyraźnie, że odkładanie decyzji o inwestowaniu przez kolejne lata ma realny koszt, którego później nie da się łatwo nadrobić nawet wyższymi wpłatami.

Co ciekawe, żaden z naszych bohaterów nie inwestował ogromnych pieniędzy. Najwyższa wpłata wynosiła 1000 zł miesięcznie. A mimo to każdy z nich zbudował kapitał, który może realnie wpłynąć na jakość życia po zakończeniu pracy zawodowej.
Gdybym miał dziś 25 lat, skupiłbym się przede wszystkim na wykorzystaniu czasu i regularnym inwestowaniu w globalny ETF. Dokładnie jak w scenariuszu numer jeden. Mając 35 lat, postawiłbym dodatkowo na maksymalne wykorzystanie kont emerytalnych, takich jak IKE i IKZE, które dają solidną przewagę podatkową. Z kolei rozpoczynając inwestowanie po 45. roku życia, większą uwagę zwróciłbym na wysokość wpłat oraz proporcje między częścią wzrostową a defensywną portfela.
Ile więc trzeba odkładać, żeby nie pracować po 60-tce?
Nie istnieje jedna odpowiedź na to pytanie.
Każdy z nas ma inne potrzeby, inne wydatki i inne oczekiwania wobec życia po zakończeniu pracy zawodowej. Dla jednej osoby 600 tysięcy złotych będzie ogromnym wsparciem. Dla innej nawet milion złotych nie oznacza pełnej niezależności finansowej.
Najważniejsze pytanie brzmi jednak inaczej: jak długo będziesz odwlekać decyzję o rozpoczęciu inwestowania?







