Pod moim ostatnim materiale o obligacjach pojawił się komentarz, który dał mi do myślenia. Pan Karol napisał:
„Mam 47 lat. Czy w moim wieku jest jeszcze sens kupować obligacje? Do tej pory praktycznie nie oszczędzałem i zaczynam coraz bardziej martwić się o swoją emeryturę.”
Kiedy przeczytałem tę wiadomość, pomyślałem, że to nie do końca jest pytanie o obligacje. Podobne wątpliwości ma przecież tysiące osób po czterdziestce i pięćdziesiątce. Czy w tym wieku nie jest już za późno, żeby zadbać o swoją finansową i emerytalną przyszłość?
Odpowiedź brzmi: absolutnie nie.
Plan dla osoby, która ma trzydzieści kilka lat, będzie jednak wyglądał zupełnie inaczej niż dla kogoś, kto ma 45, 50 czy 60 lat. Najważniejsze jest nie to, ile masz dziś lat, ale ile czasu pozostało Ci do emerytury.
Nie patrz na PESEL. Patrz na czas, który Ci został.
Największy błąd, jaki obserwuję u osób myślących o emeryturze, polega na tym, że skupiają się na swoim wieku zamiast na czasie, który nadal mają do dyspozycji.
Ktoś może powiedzieć, podobnie jak pan Karol: „Skończyłem pięćdziesiątkę i mam zero oszczędności.” Ale na tym stwierdzeniu nie powinna kończyć się analiza. Sam PESEL nie powinien być argumentem za tym, żeby nic nie robić.
Jeżeli do emerytury zostało Ci jeszcze 15 lat, czy to naprawdę mało czasu? Dla inwestora to wciąż bardzo długi horyzont. Przez ten okres świat zmieni się jeszcze wielokrotnie. Gospodarka przejdzie przez kolejne wzrosty i spowolnienia, firmy będą się rozwijały, a kapitał będzie miał czas pracować.
Czas i tak będzie płynął. Za dziesięć lat, choćby nie wiem co, będziesz dokładnie o dziesięć lat starszy. Jedyna różnica polega na tym, czy przez ten czas uda Ci się zbudować większy majątek, czy w Twoim finansowym życiu nic się nie zmieni.
Nie jesteśmy w stanie cofnąć decyzji podjętych lub niepodjętych dwadzieścia lat temu. Możemy natomiast zdecydować, co wydarzy się przez kolejne dziesięć, piętnaście czy dwadzieścia lat. I właśnie od tego zacząłbym myślenie o emeryturze.
Masz 40 lat? To właśnie tutaj budowałbym przewagę.
Gdybym dziś miał 40 lat, a tak się szczęśliwie składa, że mam, potraktowałbym ten moment poważnie. Nie dlatego, że za chwilę przejdę na emeryturę. Wręcz przeciwnie. Dlatego, że przede mną prawdopodobnie wciąż jeszcze dwadzieścia lub więcej lat pracy. To wystarczająco dużo czasu, żeby zbudować naprawdę solidny kapitał.
Od tego momentu przestałbym myśleć o moich oszczędnościach jako o jednej puli pieniędzy. Bardzo często wszystkie nasze fundusze trzymamy razem. Środki na wakacje, nowy samochód, remont mieszkania i emeryturę znajdują się na tym samym koncie. Problem w tym, że wtedy zawsze wygrywają cele krótkoterminowe.

Dlatego wydzieliłbym osobny portfel lub konto przeznaczone wyłącznie na przyszłość. To pieniądze, których nie planuję ruszać przez wiele lat. Sama taka decyzja bardzo zmienia sposób myślenia. Przestajemy patrzeć na inwestycje jak na oszczędności, które w razie potrzeby można wykorzystać. Zaczynamy traktować je jak kapitał pracujący na naszą przyszłość.
Na tym etapie życia nie liczyłbym również wyłącznie na emeryturę z ZUS. Dla 40-latków kluczowym wskaźnikiem jest tak zwana stopa zastąpienia, czyli relacja emerytury do ostatniego wynagrodzenia. Prognozy dla dzisiejszych pracujących zakładają, że przyszłe świadczenia mogą wynosić jedną czwartą ostatniej pensji.

Czy nie lepiej mieć wpływ na swoją przyszłość, a nie tylko liczyć, że państwo zapewni mi utrzymanie?
Ja wolę nie ufać ślepo politykom i systemowi emerytalnemu. Wolę brać sprawy w swoje ręce.
Po czterdziestce można także zadać sobie proste pytanie: czy z roku na rok zwiększam stopę oszczędzania? Wiele osób cieszy się z kolejnych podwyżek, ale po kilku miesiącach okazuje się, że cały wzrost wynagrodzenia został skonsumowany przez wyższe wydatki. Tymczasem każda podwyżka to świetna okazja, żeby zwiększyć miesięczne inwestycje i przyspieszyć budowę kapitału.
Nie próbowałbym też stworzyć idealnego portfela. Znacznie ważniejsze byłoby dla mnie zbudowanie prostego systemu, który będę w stanie realizować przez następne kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. Część pieniędzy przeznaczyłbym na bezpieczne aktywa, część inwestował długoterminowo w akcje z myślą o wzroście, a później konsekwentnie dokładał kolejne środki. Paradoksalnie właśnie taka prostota bardzo często okazuje się największą przewagą inwestora.
Jest jeszcze jedna rzecz, o której niewiele się mówi. Około czterdziestki warto zacząć traktować swoją emeryturę jak projekt, a nie odległe marzenie. Nie chodzi o to, żeby codziennie śledzić giełdę czy co miesiąc zmieniać strategię. Wystarczy raz na jakiś czas sprawdzić, czy tempo budowania kapitału rzeczywiście pozwala osiągnąć cel, który sobie założyliśmy.
40-latek ma jeszcze sporo czasu. Jednak gdy przekraczamy pięćdziesiątkę, priorytety zaczynają się powoli zmieniać. I właśnie wtedy zrobiłbym kilka rzeczy inaczej.
Masz 50 lat? Nie próbowałbym nadrobić straconego czasu.
Jeżeli miałbym dziś pięćdziesiąt kilka lat, przede wszystkim nie próbowałbym nadrobić czasu, który już minął. To właśnie tutaj wiele osób popełnia bardzo kosztowny błąd.
Pojawia się myśl: „Mam tylko kilkanaście lat do emerytury. Muszę inwestować agresywniej, żeby dogonić tych, którzy zaczęli dwadzieścia lat temu.”
I właśnie wtedy zaczynają się poszukiwania inwestycji, które mają przynieść kilkadziesiąt procent zysku rocznie. Kryptowaluty, mocno lewarowane instrumenty czy pojedyncze spółki stają się kuszące, bo obiecują szybkie odrobienie zaległości.
Problem w tym, że im mniej czasu zostało do emerytury, tym bardziej liczy się unikanie dużych błędów. Jedna nietrafiona decyzja może pozbawić Cię znacznej części kapitału, na który pracowałeś przez wiele lat.
Dlatego zamiast szukać skrótów, postawiłbym na konsekwencję i spokojne budowanie portfela. To właśnie na tym etapie zmienia się filozofia inwestowania. Nadal chcemy pomnażać kapitał, ale coraz większą wagę przykładamy do jego ochrony. Nie chodzi już wyłącznie o maksymalizację zysków. Chodzi również o to, żeby uniknąć sytuacji, w której jedna zła decyzja przekreśli lata systematycznego oszczędzania.
Dlatego jeszcze większą uwagę zwróciłbym na dywersyfikację i prostotę. Nie potrzebowałbym portfela złożonego z kilkunastu różnych instrumentów. Wolałbym rozwiązanie, które rozumiem i które jestem w stanie spokojnie utrzymać przez kolejne lata.
Z doświadczenia wiem, że największym wrogiem inwestora bardzo często nie jest rynek, ale własne emocje.
Pierwszą zasadą Warrena Buffetta – guru inwestorów z długim horyzontem – jest nie tracić pieniędzy, a drugą – nigdy nie zapominać o pierwszej zasadzie. Oczywiście każda inwestycja wiąże się z ryzykiem i strat nie da się całkowicie wyeliminować. Sens tej reguły jest jednak prosty. Znacznie łatwiej buduje się majątek, unikając dużych błędów, niż próbując co roku osiągać spektakularne stopy zwrotu.
Na tym etapie życia zrobiłbym jeszcze jedną rzecz. Sprawdziłbym, czy mój plan rzeczywiście prowadzi mnie do celu. Czy przy obecnym tempie oszczędzania będę zadowolony z poziomu życia na emeryturze? Jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, to być może warto zwiększyć miesięczne wpłaty, dłużej pozostać aktywnym zawodowo albo ograniczyć przyszłe oczekiwania. Znacznie lepiej zrobić taki rachunek w wieku 50 lat niż pięć lat przed zakończeniem pracy.
Przy pięćdziesiątce mam nadal horyzont średnio- lub długoterminowy. A co się dzieje, gdy do emerytury zostało już tylko kilka lat?
Masz 60 lat? Priorytety znowu się zmieniają.
Jeżeli miałbym dziś około 60 lat, nie próbowałbym już za wszelką cenę maksymalizować stóp zwrotu. Na tym etapie znacznie ważniejsze staje się to, żeby zgromadzony kapitał zapewniał poczucie bezpieczeństwa i większą swobodę podejmowania decyzji.
To moment, w którym warto odpowiedzieć sobie na kilka prostych pytań: jakie będą moje miesięczne wydatki, ile pieniędzy zapewni mi emerytura z ZUS oraz jaką część kosztów życia będę musiał pokrywać z własnych oszczędności. Dopiero znając odpowiedzi na te pytania, można rozsądnie zaplanować sposób korzystania ze zgromadzonego kapitału.
Wypłaty z ZUS dla osób przechodzących na emeryturę za kilka lat będą jeszcze stosunkowo wysokie. Nie oznacza to jednak, że zapewnią poziom życia, który miałeś do tej pory.

Jeśli masz już zainwestowane środki, na tym etapie nie zmieniałbym całkowicie swojej strategii, ale stopniowo dostosowywał ją do nowej rzeczywistości. Część portfela nadal może pracować na rynku, bo przecież emerytura często trwa dwadzieścia, a nawet trzydzieści lat. Jednocześnie coraz większą rolę odgrywa stabilność i przewidywalność, dzięki którym nie musimy martwić się każdą większą korektą na giełdzie.
Jeśli nigdy wcześniej samodzielnie nie inwestowałeś, warto rozważyć zapisanie się do Pracowniczych Planów Kapitałowych lub zwiększenie wpłat do PPK albo PPE, jeżeli jesteś zatrudniony na etacie. To fundusze, które mogą pracować nawet po Twoim przejściu na emeryturę, a wypłata z nich nie musi być natychmiastowa.
Niezależnie od tego, czy mówimy o osobie mającej 40, 50 czy 60 lat, fundament pozostaje bardzo podobny. Nie zmieniają się najważniejsze zasady inwestowania: prostota, zrozumienie produktu i ochrona kapitału. Zmieniają się przede wszystkim cele i proporcje. Im więcej czasu przed Tobą, tym większy nacisk możesz położyć na wzrost kapitału. Im bliżej emerytury, tym większego znaczenia nabiera jego zabezpieczenie oraz spokojne korzystanie z tego, co udało się zgromadzić.
Nie potrzebujesz idealnego portfela
I właśnie tutaj wracamy do komentarza, od którego wszystko się zaczęło.
Czy pan Karol powinien dziś kupić obligacje? A może ETF-y lub spółki związane ze sztuczną inteligencją? Ma wykorzystać IKE, IKZE czy OIPE?
Moim zdaniem to nie są najważniejsze pytania. Równie dobrze moglibyśmy przez godzinę dyskutować o konkretnych instrumentach, ale żaden z nich sam w sobie nie rozwiąże problemu. Najpierw potrzebujesz planu. Dopiero później wybierasz narzędzia, które pomogą Ci go zrealizować.
Weźmy przykład pana Karola. Do planowanej emerytury zostało mu jeszcze 18 lat. Gdyby od tego miesiąca zaczął regularnie inwestować 500 zł miesięcznie, a jego portfel osiągałby średnio 9% rocznie – czyli historycznie tyle, ile w długim terminie przynosił globalny indeks akcji MSCI World – to na koniec okresu jego portfel wyniósłby około 268 tysięcy złotych.

Wkład własny w tym przypadku to 108 tysięcy złotych, a ponad 160 tysięcy złotych nie pochodziłoby już z kieszeni pana Karola, ale z pracy kapitału i działania procentu składanego.
Czy to wystarczy, żeby całkowicie zastąpić emeryturę z ZUS? Oczywiście nie. Ale czy może realnie poprawić komfort życia na emeryturze i dać znacznie większe poczucie bezpieczeństwa? Moim zdaniem zdecydowanie tak.
Dlatego zamiast zastanawiać się, czy jest już za późno, znacznie lepiej zadać sobie pytanie: co mogę zrobić od tego miesiąca? Bo właśnie od tej decyzji zaczyna się budowanie własnego kapitału.







